środa, 11 lutego 2015

Dzień 1



  To pierwsza kartką którą wydobyłem ze słoja. Mam wyjmować co dziennie. Nie ma co ukrywać, kilka razy budziłem się w nocy z podjarania tym, że jak będzie rano, to będę w końcu mógł wyjąć tą jedną kartkę i przeczytać co ma mi do powiedzenia. Dawno nie czułem takiej podniety prezentem. To tak jak się dostawało kiedyś autko na zdalne sterowanie i kładło się z nim do łóżka, b to ulubiona zabawka. Założę się, że każdy z Was tak miał. 

  Przebudziłem się i za oknem było już jasno. Skoro jasno to rano, skoro rano to w końcu ten pierwszy kartkowy dzień. Słoik stał na parapecie okna, tuż przy łóżku, tak żeby nie było trzeba z łóżka wychodzić. Zatrzask słoja klik, łapa do środka, krótkie losowanie, i jest…





  Pierwsza ze wszystkich. Numer jeden z trzystu sześćdziesięciu pięciu. Złożona misternie na trzy. Otwarłem. Pierwsze wrażenie? „Ja pierdole ona to ręcznie pisała! Każdą jedną?! Nie wierzę”, a jest ich dokładnie  365. 
  Treść? Chyba lepszej kartki na podsumowanie mojego dotychczasowego istnienia nie mogłem wylosować…

„Czym jest muzyka? Może po prostu niebem, z nutami zamiast gwiazd?” 


  Takie proste i takie prawdziwe. Z drugiej strony w tak prosty sposób uświadamia mi, że tak wiele z ostatnich lat spędziłem w niebie, że Anioły, w które tak bardzo wierzę, wcale nie latają wysoko, a stąpają twardo po ziemi, nieraz zalewając w mordę, sponiewierani tym samym życiem co każde inne.

Muzyka? To ludzie. A ludzie, których odbieram przez ich muzykę, tą tworzoną czy odtwarzaną, w jakiś dziwny i nieopisany sposób, stali się mi w życiu ostatnim najbliżsi. Przypadek? Tu wszystko jest przypadkiem, ale za to jak zręcznie przemyślanym i skonstruowanym. To przypadkowa wymiana myśli, emocji, prostych gestów i nieprzeciętny twór tych kilku skinień. Naprawdę takie rzeczy w życiu się zdarzają.


  Muzyka to część mnie, której nie da się już oddzielić. Tętno i pulsująca w żyłach krew. I sam wiem, że nie raz wmawiam sobie, że to nie ma sensu, że nie mogę się temu poświęcać bo praca, wizerunek, rodzina. I dobrze wiem, że to wszystko bzdura i wcale tak być nie musi. Ale z jakiś dziwnych względów próbuję odsunąć tą część mnie gdzieś na bok. Chyba niesłusznie. Może Lekki wcale nie powinien schodzić? Przecież w życiu tym przyszłym ustaliłem sobie trzy nadrzędne cele twórcze: namalować obraz, napisać książkę i co najważniejsze – nagrać płytę. Nie można uciec. To jak palenie czy picie. Możesz zarzucić wszywkę, obiecać, że nie zapalisz, ale w 90%, ktoś prawdziwie uzależniony, wróci do nałogu. Trzeba przecież mieć swój kawałek nieba, gdzie można uciec, schować się przed tym całym gnojem wokoło.  Każdy ma taką muzykę, do której wchodzi i zamyka za sobą drzwi, żeby ładować akumulatory życia. Dla mnie jest to ta muzyka faktyczna. Dla Ciebie hodowla mrówek, a dla Niego dziaranie kolejnego kawałka ciała. Coś co daje Ci moc, moc istnienia. Jeżeli muzyka to niebo, z nuty to gwiazdy to niech nie trudzą się astronomowie, nie policzą.


  Najlepsze chwile mojego dotychczasowego życia związane były z muzyką. Cały czas próbujemy szukać czegoś co sprawi, że będziemy szczęśliwsi. Nie raz o tym pisałem, a sam zapomniałem o tym co dla mnie było kiedyś najważniejsze i co mi daje prawdziwą w życiu radość! Jedna kartka… klamra istnienia i okładka dla tej „trzydziestki”. Dziękuję.


  Mógłbym pisać o tym bez przerwy, podając kolejne przykłady i opowiadając historie pełne emocji, ale przecież to moje historie, i po części też Wasze, moje emocje, i po części nasze wspólne. I niech tak zostanie, i za to Wam wszystkim dziękuję.


P.S. Dostałem też na urodziny inny muzyczny gadżet… ta kartka coś o tym musiała wiedzieć… dwie grzechotki w kształcie jajek. Swoiste „masz tu instrument synu i pokaż, że masz jaja”…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz