To pierwsza kartką którą wydobyłem
ze słoja. Mam wyjmować co dziennie. Nie ma co ukrywać, kilka razy budziłem się
w nocy z podjarania tym, że jak będzie rano, to będę w końcu mógł wyjąć tą
jedną kartkę i przeczytać co ma mi do powiedzenia. Dawno nie czułem takiej
podniety prezentem. To tak jak się dostawało kiedyś autko na zdalne sterowanie
i kładło się z nim do łóżka, b to ulubiona zabawka. Założę się, że każdy z Was
tak miał.
Przebudziłem się i za oknem było
już jasno. Skoro jasno to rano, skoro rano to w końcu ten pierwszy kartkowy
dzień. Słoik stał na parapecie okna, tuż przy łóżku, tak żeby nie było trzeba z
łóżka wychodzić. Zatrzask słoja klik, łapa do środka, krótkie losowanie, i jest…
Pierwsza ze wszystkich. Numer jeden
z trzystu sześćdziesięciu pięciu. Złożona misternie na trzy. Otwarłem. Pierwsze
wrażenie? „Ja pierdole ona to ręcznie pisała! Każdą jedną?! Nie wierzę”, a jest
ich dokładnie 365.
Treść? Chyba lepszej
kartki na podsumowanie mojego dotychczasowego istnienia nie mogłem wylosować…
„Czym
jest muzyka? Może po prostu niebem, z nutami zamiast gwiazd?”
Takie proste i takie prawdziwe. Z
drugiej strony w tak prosty sposób uświadamia mi, że tak wiele z ostatnich lat
spędziłem w niebie, że Anioły, w które tak bardzo wierzę, wcale nie latają
wysoko, a stąpają twardo po ziemi, nieraz zalewając w mordę, sponiewierani tym
samym życiem co każde inne.
Muzyka? To ludzie. A ludzie,
których odbieram przez ich muzykę, tą tworzoną czy odtwarzaną, w jakiś dziwny i
nieopisany sposób, stali się mi w życiu ostatnim najbliżsi. Przypadek? Tu
wszystko jest przypadkiem, ale za to jak zręcznie przemyślanym i
skonstruowanym. To przypadkowa wymiana myśli, emocji, prostych gestów i
nieprzeciętny twór tych kilku skinień. Naprawdę takie rzeczy w życiu się
zdarzają.
Muzyka to część mnie, której nie
da się już oddzielić. Tętno i pulsująca w żyłach krew. I sam wiem, że nie raz
wmawiam sobie, że to nie ma sensu, że nie mogę się temu poświęcać bo praca,
wizerunek, rodzina. I dobrze wiem, że to wszystko bzdura i wcale tak być nie
musi. Ale z jakiś dziwnych względów próbuję odsunąć tą część mnie gdzieś na
bok. Chyba niesłusznie. Może Lekki wcale nie powinien schodzić? Przecież w
życiu tym przyszłym ustaliłem sobie trzy nadrzędne cele twórcze: namalować
obraz, napisać książkę i co najważniejsze – nagrać płytę. Nie można uciec. To
jak palenie czy picie. Możesz zarzucić wszywkę, obiecać, że nie zapalisz, ale w
90%, ktoś prawdziwie uzależniony, wróci do nałogu. Trzeba przecież mieć swój
kawałek nieba, gdzie można uciec, schować się przed tym całym gnojem wokoło. Każdy ma taką muzykę, do której wchodzi i
zamyka za sobą drzwi, żeby ładować akumulatory życia. Dla mnie jest to ta
muzyka faktyczna. Dla Ciebie hodowla mrówek, a dla Niego dziaranie kolejnego
kawałka ciała. Coś co daje Ci moc, moc istnienia. Jeżeli muzyka to niebo, z
nuty to gwiazdy to niech nie trudzą się astronomowie, nie policzą.
Najlepsze chwile mojego dotychczasowego
życia związane były z muzyką. Cały czas próbujemy szukać czegoś co sprawi, że
będziemy szczęśliwsi. Nie raz o tym pisałem, a sam zapomniałem o tym co dla
mnie było kiedyś najważniejsze i co mi daje prawdziwą w życiu radość! Jedna
kartka… klamra istnienia i okładka dla tej „trzydziestki”. Dziękuję.
Mógłbym pisać o tym bez przerwy,
podając kolejne przykłady i opowiadając historie pełne emocji, ale przecież to
moje historie, i po części też Wasze, moje emocje, i po części nasze wspólne. I
niech tak zostanie, i za to Wam wszystkim dziękuję.
P.S. Dostałem też na urodziny inny
muzyczny gadżet… ta kartka coś o tym musiała wiedzieć… dwie grzechotki w
kształcie jajek. Swoiste „masz tu instrument synu i pokaż, że masz jaja”…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz