sobota, 14 lutego 2015

Dzień 4



 Walentynki. Ach, jak ja kocham to święto. Każdy, kto zna mnie chociaż trochę, a od tej pory nawet Ci, którzy mnie nie znają, wiedzą, że nie jest to dzień, za którym przepadam. I to nie ze względu na suszącą mnie od środka samotność, przyjętą jako coś normalnego w moim życiu, ale ze względu na totalny kicz tego dnia i mój szacunek do miłości
  Prawdziwa dojrzała miłość pomiędzy dwojgiem ludzi nie potrzebuje stałych deklaracji, a już na pewno manifestowania swojej miłości w taki dzień. To święto wręcz burzy wyjątkowość związku, no bo przecież stajemy w jednej kolejce z setką zakochanych po balon w kształcie serca, po różę, po bilet na ten sam film co inni. Nic tu po miłości. No tak, powiecie do kościoła nie chodzisz, a Boże Narodzenie masz. No niby tak. Sytuacja podobna. No ok. Niech się całują w przejściu w Tesco, niech kupują balony i kubki ze zdjęciem. Niech mają. Ja będę świętował po swojemu.
  Skończyłem mieszać jajecznicę, kawa już zaparzona. Pora rozpocząć sobotę. Ze względu na domniemanie karteczkowej inwigilacji mojego życia, postanowiłem odłożyć losowanie nowej kartki na wieczór. Podejrzewałem, że może odniesie się do mojego podejścia do samych walentynek, albo napisze mi coś głupiego o miłości. Póki co, trzeba się było maksymalnie ogarnąć, bo dzisiaj inne wielkie święto. Drugie urodziny najmłodszej w rodzinie! Jako przykładny wuj, dbający o rozwój pociechy, musiałem zadbać o odpowiedni prezent. Po urodzeniu dostała ode mnie piłkę z dzwoneczkiem i już wtedy wiedziałem, że będzie kochała muzykę. Idąc za ciosem na roczek dostała ode mnie pałki do perkusji i bardzo szybko sobie z nimi poradziła. Dziś bez problemu rozpoznaje muzykę graną na żywo od tej nieprawdziwej, i uwielbia tańczyć. Czas na kolejne wyzwanie.
  Już od dłuższego czasu wiedziałem co będzie kolejnym prezentem, i nie mogło być inaczej. Sztaluga, farby i płótna! Tak się złożyło, bardzo przypadkowo, że w pobliskim Jysku znalazłem już jakiś czas temu odpowiednie akcesoria. Pozostała kwestia zapakowania i przekazania młodej artystce, a potem tylko czekać, aż Jej prace zdobić będą najlepsze sale wystawowe globu. Może się doczekam, aczkolwiek dożyć tego momentu nie będzie łatwo. 
  Mimo tak wybitnej okazji, zbytnio nie czułem się podjarany. Wiadomo – choroba, antybiotyki, leki, cała ta chemia, no i zero alkoholu. A co to za słowiańskie spotkanie bez kilku setek dobrze zmrożonej cieczy? Samo siedzenie z ludźmi przy stole i obserwowanie jak jest im coraz fajniej, nie jest zbyt szczęśliwe. Powiedziałbym czasem że żałosne, zatem nie zakładałem dłuższego pobytu na urodzinowym mitingu, mimo iż z założenia były to urodziny dziecka, tak więc poza regularnym toastem, nie spodziewałem się przeciągania pod stołem. 
  Wpadłem, ogarnąłem prezent, mała od razu zabrała się do roboty i to z bardzo dobrym skutkiem, a ja dumny, że trafiłem z prezentem, mogłem na spokojnie zabrać się za kawę i najlepszy na świecie sernik, autorstwa dobrze wiecie kogo – a jak nie wiecie, to żałujcie. 
  Czas do domu, a w głowie ciągle ta dzisiejsza kartka nadciągająca wielkimi krokami, z objawieniem życiowej prawdy.
 
  No ale. Jeszcze walentynki po mojemu, a raczej w sposób przeze mnie bardzo akceptowalny, czyli w gronie przyjaciół. Chwilę po tym jak udało mi się wejść do domu, otwarły się drzwi z radosnym bo ty się musisz BJ napić i wtedy wyzdrowiejesz. I nie było już możliwości wytłumaczenia się chorobą, no bo kiedy wódka wchodzi drzwiami z uśmiechem na ustach, niesiona walentynkową miłością, to się nie odmawia. A poza tym przecież gość w dom – Bóg w dom, a Bogu się nie mówi NIE. Tak oto toczył się miłosny wieczór na sasanek. Drin za drinem, drinem poganiał. I gorączka zeszła, i kaszel odszedł w zapomnienie i z nosa już nie leciało, a może i leciało ale kto tam wie. Tak oto czterdziestu procentów walczyło z moimi wewnętrznymi niedoskonałościami. W ten wieczór wygrali. Ale! Gdzie kartka? Trzeba było wylosować kartkę. Musiałem się z moim słojem odkryć po raz pierwszy w życiu i przy Ściburach wylosować kartkę walentynkową. Nie macie pojęcia jak bardzo się modliłem o to, żeby to nie było nic o miłości, kochaniu, relacjach itp. No i nie było! 
  Pomarańczowa, misternie złożona na trzy, jak wszystkie inne, bardzo dobrze wiedziała co dzieje się w mieszkaniu. Nie wahała się ani chwili z wyrażeniem swojej opinii na ten temat…



„Potężny kac…”

No cóż, tak to się najprawdopodobniej skończy. 
  Jakby nie było alkohol rozjaśnia umysł. Zwarły się jakieś nieużywane obwody neuronowe i jak gdyby nigdy nic, ów kartkowy kac przybrał innego wymiaru. Stał się kacem życiowym. Takim kacem, z którym kiedyś się obudzę i stwierdzę, że już nigdy nie będę siedział na kanapie w walentynki z kimś kto mi faktycznie jest bliski, i kto jest moją druga połową. Poczułem strach i niepewność dalszych moich losów. Wręcz zapragnąłem przez moment być życiową „trójką”, co jeszcze kilka godzin temu było by dla mnie dramatem. Ludzie mówią, że budzą się z ręką w nocniku, ja obudziłbym się z dwoma w basenie! 

 Ta jedna mała kartka przestrzegła mnie przed tym co będzie o poranku i przed tym co będzie miało miejsce w chwili wystąpienia, bliżej nieokreślonego jutra. Mało tego, ta przestroga nie dotyczy tylko kwestii miłości. To jest kac z tytułu wszystkiego. Wydanych bezmyślnie pieniędzy, kac niewypowiedzianych słów i tych słów, których było zbyt wiele. Kac źle zaplanowanych dni i kac niepodjętych w porę decyzji. Kac czegokolwiek co jest nie tak jak być powinno. Kac rasowy, narodowościowy, kac wyznaniowy i edukacyjny. Naprawdę potężny kac… kac, który dręczy każdego z nas wtedy kiedy siądzie i zaczyna myśleć. 
  To była bardzo brutalna kartka, która doprowadziła do eksplozji mojego mózgu, zanim zdążyłem obudzić się po imprezie. To była kartka uświadamiacz, kartka Opowieść wigilijna, a ja siedziałem jak Scrooge, miotany wszystkim tym, co było, jest, i będzie. Nie lubię tej kartki, tak bardzo jak nie lubię gdy ktoś wytyka mi moje słabości. Kocham ją jednak za to, że potrafiła to zrobić, bo o prawdę dziś najtrudniej.

piątek, 13 lutego 2015

Dzień 3



  Liczby nie bywają magiczne, one po prostu są, a siła ich magii uzależniona jest tylko i wyłącznie od naszego do nich nastawienia. Mnie na przykład opętała trójka i zero, co już wiadomo, inni padają na twarz przed siódemką. Szóstka u pewnej grupy osób powoduje toczenie z pyska piany, zaś w połączeniu z dziewiątką przyspiesza bicie serca, rozciągając w delikatny uśmiech usta i szkląc ludziom oczy. Kombinacji cyfr i numerów jest bez liku – co człowiek to numer – jakkolwiek niejednoznacznie to brzmi. 


  Dzisiaj moi drodzy w dacie dnia kombinacja dla wielu kosmiczna – piątek trzynastego. Zły dzień? Na pewno nie dla mnie! Wiedziałem, że cokolwiek dzisiaj mnie spotka może jedynie poprawić moje samopoczucie. Zaaplikowałem zatem potężną dawkę pyralginy, zalałem zatoki gorzkimi aż po odbyt kroplami do nosa, łyk wody, syropu, tabletka do ssania i byłem gotowy! Gotowy na heroiczny marsz w stronę łazienki. Mimo, że dystans z łóżka pod prysznic olbrzymi nie jest, to wydawało mi się, że idę tam godzinami. Udało się. Woda w ruch, para, mydło, płyny, szampony, żyletki, brodo poprawki. Nie minęło pół godziny i tylko czerwony od kataru nos i zbyt małe oczy zdradzały, że jestem tym, który sieje zarazę zimowego przełamania. Byłem gotowy, aby przez kolejne pół godziny ubierać skarpetki i spodnie oraz zmierzyć się ze sznurówkami w butach – sprawa nie łatwa kiedy przy wiązaniu ciągle leci ci z nosa prosto na podłogę.  


Oto i jestem. Bartosz Mariusz, nowy wyzwolony człowiek, nadzieja zielonej ludzkości. Dzisiaj dzień kiedy ziści się kolejny mój korpozwiązek. Tym razem, po nieudanej próbie z lwim pomarańczem, postanowiłem związać się – mam nadzieję, że na dłużej – z polską ekipą Franka Underwooda. Wypiłem zatem kawę, zjadłem krojone jabłko i uderzyłem z impetem kostkami o kuchenny blat – pojechałem. 


  Na miejscu okazało się, że zamiast Kevina Spacey czeka na mnie drobna blondynka z działu HR szukająca kabla sieciowego, żeby połączyć się z korpointernetem i swoją skrzynką pocztową, gdzie czekały na mnie dokumenty aplikacyjne do umowy o pracę. 


- Dzień dobry Panie Bartoszu, dobrze, że Pan jest.

-Dzień dobry, dobrze, że w końcu się widzimy i że jednak będzie Pan pracował z nami – dodała szybko podnosząc się z miejsca i szeroko uśmiechając Dyrektor placówki – kobieta biznesu w każdym calu.

- Dzięki, też się bardzo z tego faktu cieszę – tak, miałem świadomość że moja twarz nie koniecznie tą radość zdradzała. Uścisnąłem dłonie i rozlałem się na skórzanej sofie wskazanej przez dziewczynę z HR.

- Musi mi Pan dać jeszcze kilka minut, bo nie mogę podłączyć się do sieci, a Pana dokumenty mam na mailu.

- Spoko, nie ma sprawy, poczekam.­- uśmiechnąłem się delikatnie, zaglądając jej w oczy i badając jej korpouśmiech rzucony w moją stronę. Starałem się nie zdradzić, że temperatura mojego ciała, mimo potężnej dawki chemii medycznej, przekracza właśnie trzydzieści dziewięć stopni Celsjusza. 


  Siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym czekając na dokumenty. I kiedy już miałem powoli przenosić się na drugi świat, rzecz jasna tak, żeby nie zauważyły, udało się szczęśliwi uruchomić druk. Oto i są. Formularze, druki, umowy i pisma. Wypisz, zakreśl, przekreśl, podpisz. Gotowe! Jestem w teamie Franka. 


- Cieszę się, że udało nam się w końcu sfinalizować tą sprawę rekrutacyjną, no i tak jak mówiłam, mam wielkie nadzieje co do naszej współpracy i bardzo na Pana czekałam, żeby w końcu Pan tu był, poderwał te moje dziewczyny do działania.

- Pani Dyrektor zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby nasza współpraca układała się najlepiej, na pewno będzie Pani zadowolona. ­

- Pracę zaczyna Pan w środę, proszę się jeszcze podkurować, bo wiem, że jest Pan chory, i od środy zaczynamy ostrą walkę – skwitowała. A ja cholera ciągle myślałem, że nic o tym nie wie. Spinałem się na tej sofie jak tylko mogłem, przełykałem gluty z nosa, żeby tylko nie wylatywały na stół przy podpisywaniu dokumentów, a tu ryp, pocisk. No nic. Rączka, rączka, uśmiech i wymaszerowałem do domu. Franka ani śladu. 


  Że trzynastka pechowa? Biorąc od uwagę, że od września chciałem dostać się do tej organizacji, na pewno nie, biorąc pod uwagę zaproponowane mi stanowisko, na pewno nie. 


  Siłę liczb odczułem jeszcze wracając  do domu, kiedy postanowiłem wstąpić do pobliskiej przychodni, gdzie przyjmują lekarze różnej maści i poprosić o kolejny antybiotyk, żeby w środę być w pełnej formie. Przyjęte jest że kolejni pacjenci otrzymują przy rejestracji numerki. Mi przypadł piękny trzydzieści jeden. 


- Ale niech Pan idzie tam pod gabinet, bo nikogo nie ma, to lekarz przyjmie Pana już teraz. – wykrzyczała zza rejestracyjnej szyby kobieta  kitlu, sięgając po kubek z kawą i zagryzając kanapką z sałatą i jajkiem. 


  Bank ogarnięty, jeszcze teraz szybko do lekarza mnie przyjmą – lepiej być nie mogło! Dziękuję trzynastko! 

  Faktycznie na piętrze siedziały dwie kobiety, trzecia osoba była w środku. Super układ zważywszy, że zazwyczaj siedzi tu w holu około czterdziestu osób. Czasem i czterdzieści cztery.  


  Usiadłem więc grzecznie obok, pytając który numer jest obecnie w środku.


- Po kolei, jak kto przyszedł bo i tak nie ma tych numerów co powinny. – odezwała się szefowa kolejki w czarnej pokrytej sztucznym futrem kurtce, która dodawała jej kolejne dwadzieścia kilogramów do posiadanej już czterdziestokilogramowej nadwagi – na bogato. 


  Ucieszył mnie ten kolejkowy reżim. Siedziałem i czekałem, przychodzili kolejni pacjenci i zgodnie akceptowali zasadę, kto przyszedł ten idzie – nawet Ci z numerami niższymi, no bo przecież przegapili kolejkę. Uderzali się zatem w pierś i siadali grzecznie odpalając gry w swoich smart fonach, pełni świadomości, że będą kiblować tu pół dnia. 


  Minęło półtorej godziny i w końcu ja! Wchodzę! Siadam. Lekarz chrząka, patrzy, pisze, chrząka, poprawia koszulę, przekłada kartoteki, segreguje, rozkłada, wstaje, patrzy przez okno. 


­ - Słucham.­-  ‘chyba kurwa ptaków śpiewu’ pomyślałem. No ale nie daje za wygraną, opowiadam o moich dolegliwościach, że miałem przyjść ponownie, jak się nie poprawi, że potrzeba coś zmienić et cetera, et cetera…


- Jaki Pan ma numer?  - [związek ze sprawą? Sędzio! Sprzeciw!  Proszę odpowiedzieć na pytanie doktora.]

- Trzydzieści jeden.


  Pan doktor szanowny wskazał na kartoteki na swoim biurku, gdzie na górze leżało sześć, siedem , dziewięć, a numerów powyżej dwadzieścia pięć nawet tam nie było.  Wyszedł na hol. Wrócił za moment z pacjentem, który nawet nie siedział w kolejce kiedy ja tam kiblowałem.


-Proszę wyjść i czekać na swoją kolej, teraz przyjmę Pana z numerem sześć, a Pan niech się nie wpycha, bo potem mam tu ciągłe awantury.- [sąd odracza sprawę do momentu uzgodnienia materiału dowodowego. jeb]


- W takim razie ja dziękuję za Pana pomoc. Do widzenia. – czułem , że nadużył władzy. Naruszył uzgodniony w społeczeństwie ład kolejkowy, który został uchwalony na mocy społecznych konsultacji. Zignorował demokratyczną wolność wyboru i podporządkował jednym skinieniem ręki, nas wszystkich, numerkowemu reżimowi. Dziejowa niesprawiedliwość, popierana siłą numerów, mocą cyfr, magią liczb. Tym razem moja szczęśliwa trzynastka przegrała z dyktatorem Trzydzieści Jeden. 


  Wróciłem do domu, zrobiłem herbaty z cytryną, uskuteczniłem moją dietę kolejną porcją medycznej chemii i odpłynąłem na kilka godzin w chory sen. 


  Nic więcej w tym dniu się już nie działo. Najważniejsze, że dostałem nową pracę. I nie tylko radość to we mnie budziło ale i wiele zastrzeżeń, i obaw, zwłaszcza kiedy słyszałem ,po raz kolejny, o tym, jak bardzo jestem potrzebny żeby podnieść zespół z kolan – wtedy to moje kolana się zawsze pode mną uginają, a krew odpływa z mózgu. 


Wieczorem nie mogłem zapomnieć o jeszcze jednej istotnej fazie dnia. Karteczka.



Szybkie międzysenne losowanie i jest. Znowu niebieska. 



„Nie ma pracy, która nie zawierałaby w sobie radości, tajemnic i zachęty.”


 No, nie powiem. Chyba pisała się w momencie kiedy wyjmowałem ją ze słoja. Kartka wyczuła moment jak nikt inny. Dziękuję kartko! Z drugiej strony to trzecia kartka, która wie o mnie i o moim byciu bardzo wiele. Zaczynam się bać. Czekam na kolejne. Dobranoc.

czwartek, 12 lutego 2015

Dzień 2


  Dzień sam w sobie specjalny nie był. Choroba toczyła moje wnętrze i z każdą jedną godziną coraz bardziej zastanawiałem się nad tym, czy czasem faktycznie TRZY:ZERO to nie wynik promujący przeciwnika. Nieustająca gorączka, pot, ból wszystkiego i ciągłe pytanie „Ile jeszcze?!”. Nie tak wyobrażałem sobie celebrację zacnego jubileuszu. Faktycznie rzecz biorąc wcale sobie nie wyobrażałem, bo planu co do celebracji nie miałem żadnego, i szczerze powiedziawszy nie miałem najmniejszego zamiaru niczego planować. No ale… LUDZIE. Czynnik, współczynnik, licznik, mianownik wszelkiego mojego jestestwa. Swoim byciem, nie ma co ukrywać, przymusili mnie do tego. To też od ubiegłej soboty ciągle świętuję i wiem, że mam ledwie dwadzieścia cztery godziny, żeby dojść do siebie i jutro ich godnie przyjąć i ugościć. I wiem też, że to na pewno się nie uda. Kilka smsów, dwa krótkie telefony, informacja na facebooku, wydarzenie odwołane, przyjęcie przesunięte o tydzień. Spotkamy się dwudziestego pierwszego. Co za porażka! Pierwszy raz w historii. Może to faktycznie znak, że nie miało być już NIC. Może to wszystko miało się skończyć właśnie w tym momencie? 

  Kładę się spać. ALE! Gorączka i przejęcie przyjęciem prawie odebrały mi rozum. A dzisiejsza karteczka? A myśl zaczarowanego słoika? Wskazówka na resztę życia?


  Zdejmuję słój z parapetu przy łóżku, odbezpieczam zaczep i ładuję rękę do środka. Chwila, dwie i jest. Błękitna piękność. Oby napisała mi lepszy czas i życie. 






  Po chuju. Pomyślałem ocierając zlewający się z czoła pot.

Zrobiłem szybką fotę i przesłałem Ewie ciekaw co mi na to powie.


-True? – znając Ewę wiedziałem, że jej wypowiedź w tej kwestii pobudzi mnie do szerszej wypowiedzi.

- W środku każdy ma. Każdy inną. Ale weź ją odkryj…

- Dasz radę ją odkryć!  - skróciła temat, chyba chciała już iść spać, no bo w końcu po północy.

- A Ty jaką masz?­ – próbowałem kontynuować…


  Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań. Później Ewa najpewniej wyruszyła w krainę snu, ja za to zacząłem ostro rozkminiać istotę tej mocy. Jedna mała karteczka. Dwa proste wyrazy, a można by na jej temat napisać całą książkę. Książkę o Waszych mocach, naszych mocach, ich mocach, a potem kolejne tomy o mocy braku i o mocy pożądaniu. O mocy złej i dobrej, i o tych mocach nijakich, co to tylko plączą nogi, łamią serca i każą iść i tańczyć wtedy, kiedy nie jesteśmy na to gotowi. 


  Mocy, moja mocy! Bo chociaż udało mi się dowiedzieć o mocy, którą dysponuje Ewa, to nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na pytanie jaka jest ta moc, którą noszę w sobie. Czyżby faktycznie ciągle tkwiła uśpiona wewnątrz, nieodgadnięta i, co gorsza, może ciągle niekompletna? 


  Trudno tak jednoznacznie określić, szukając tego czegoś w dodatnich wartościach swojego wnętrza. Skłaniał bym się raczej ku stwierdzeniu, że pełen jestem różnych niemocy, albo mocy właśnie ostro niedorobionych. Chociaż z drugiej strony to może bierze się bardziej z braku konsekwencji w działaniu, niż z prawdziwego braku mocy. Z całą pewnością nie jestem superbohaterem, którego top mocą jest przenikanie przez ściany i rozbieranie wzrokiem – to drugie czasem by się przydało, nie powiem. Zdecydowanie jednak dominuje we mnie ostatnio moc „ostatniej wieczerzy” i chociaż żadna z wieczerzy ostatnia nie jest, to jednak zdecydowanie udaje mi się jednoczyć ludzi przy stole.  Tak. To właśnie chyba jest ta moc. Moc jednoczenia sobie ludzi. Ludzi wykształconych i nie, bogatych i biednych, ludzi z przodu kolejki i tych z samego końca ogona, ludzi z nadbałtyckiej plaży i ludzi z tatrzańskich wierchów. Jest coś takiego co sprawia, że potrafię z każdym rozmawiać, spojrzeć i poznać, zakochać się i pozwolić iść dalej. I przychodzą potem do mnie i chcą nieraz więcej. Być, rozmawiać, dzielić się sobą. I mimo, iż wielu z nich nie będzie chciało nigdy żebym ja podzielił się sobą z nimi, to zawsze będą wracać. Ja za to jedno po drugim będę poznawał, zaglądał w dusze i umysły, przeglądał ich życiowe kartoteki i za pomocą algorytmu „dobra rada” opartego na doświadczeniach mas, wybierał będę i szacował odpowiedzi na ich pytania i troski. Stawiał będę już na zawsze drogowskazy, sam zastanawiając się codziennie nad tym dokąd zmierzam. Dlatego też, najprawdopodobniej, nie odczuwam potrzeby czytania książek, no i nie czytam. Każda jedna osoba, która siada obok mnie bez wahania przedstawia mi swoją historię. Historię, której nie znajdzie się w żadnej książce w dziejach świata. Historię prostą i prawdziwą. Wystarczy tylko pozwolić mówić i uważnie, z szacunkiem, słuchać. Taka sobie biblioteka dusz, jakkolwiek groźnie to brzmi, nic złego w tym nie ma. No i nie było by jej bez nośników tej mocy, bez Was wszystkich, i każdego z osobna. 


  Temat rzeka… To zapewne nie jedyna moc, którą posiadam, i nie ma wątpliwości, że do tego jeszcze powrócimy. Tworze nie ma końca, a powstanie jednej mocy, powoduje kolejne. Temat będzie powracał… 


  Póki co chciałbym mieć moc swobodnego oddychania i uleczania się z grypy w kilka minut. Takiej jeszcze nie mam.

środa, 11 lutego 2015

Dzień 1



  To pierwsza kartką którą wydobyłem ze słoja. Mam wyjmować co dziennie. Nie ma co ukrywać, kilka razy budziłem się w nocy z podjarania tym, że jak będzie rano, to będę w końcu mógł wyjąć tą jedną kartkę i przeczytać co ma mi do powiedzenia. Dawno nie czułem takiej podniety prezentem. To tak jak się dostawało kiedyś autko na zdalne sterowanie i kładło się z nim do łóżka, b to ulubiona zabawka. Założę się, że każdy z Was tak miał. 

  Przebudziłem się i za oknem było już jasno. Skoro jasno to rano, skoro rano to w końcu ten pierwszy kartkowy dzień. Słoik stał na parapecie okna, tuż przy łóżku, tak żeby nie było trzeba z łóżka wychodzić. Zatrzask słoja klik, łapa do środka, krótkie losowanie, i jest…





  Pierwsza ze wszystkich. Numer jeden z trzystu sześćdziesięciu pięciu. Złożona misternie na trzy. Otwarłem. Pierwsze wrażenie? „Ja pierdole ona to ręcznie pisała! Każdą jedną?! Nie wierzę”, a jest ich dokładnie  365. 
  Treść? Chyba lepszej kartki na podsumowanie mojego dotychczasowego istnienia nie mogłem wylosować…

„Czym jest muzyka? Może po prostu niebem, z nutami zamiast gwiazd?” 


  Takie proste i takie prawdziwe. Z drugiej strony w tak prosty sposób uświadamia mi, że tak wiele z ostatnich lat spędziłem w niebie, że Anioły, w które tak bardzo wierzę, wcale nie latają wysoko, a stąpają twardo po ziemi, nieraz zalewając w mordę, sponiewierani tym samym życiem co każde inne.

Muzyka? To ludzie. A ludzie, których odbieram przez ich muzykę, tą tworzoną czy odtwarzaną, w jakiś dziwny i nieopisany sposób, stali się mi w życiu ostatnim najbliżsi. Przypadek? Tu wszystko jest przypadkiem, ale za to jak zręcznie przemyślanym i skonstruowanym. To przypadkowa wymiana myśli, emocji, prostych gestów i nieprzeciętny twór tych kilku skinień. Naprawdę takie rzeczy w życiu się zdarzają.


  Muzyka to część mnie, której nie da się już oddzielić. Tętno i pulsująca w żyłach krew. I sam wiem, że nie raz wmawiam sobie, że to nie ma sensu, że nie mogę się temu poświęcać bo praca, wizerunek, rodzina. I dobrze wiem, że to wszystko bzdura i wcale tak być nie musi. Ale z jakiś dziwnych względów próbuję odsunąć tą część mnie gdzieś na bok. Chyba niesłusznie. Może Lekki wcale nie powinien schodzić? Przecież w życiu tym przyszłym ustaliłem sobie trzy nadrzędne cele twórcze: namalować obraz, napisać książkę i co najważniejsze – nagrać płytę. Nie można uciec. To jak palenie czy picie. Możesz zarzucić wszywkę, obiecać, że nie zapalisz, ale w 90%, ktoś prawdziwie uzależniony, wróci do nałogu. Trzeba przecież mieć swój kawałek nieba, gdzie można uciec, schować się przed tym całym gnojem wokoło.  Każdy ma taką muzykę, do której wchodzi i zamyka za sobą drzwi, żeby ładować akumulatory życia. Dla mnie jest to ta muzyka faktyczna. Dla Ciebie hodowla mrówek, a dla Niego dziaranie kolejnego kawałka ciała. Coś co daje Ci moc, moc istnienia. Jeżeli muzyka to niebo, z nuty to gwiazdy to niech nie trudzą się astronomowie, nie policzą.


  Najlepsze chwile mojego dotychczasowego życia związane były z muzyką. Cały czas próbujemy szukać czegoś co sprawi, że będziemy szczęśliwsi. Nie raz o tym pisałem, a sam zapomniałem o tym co dla mnie było kiedyś najważniejsze i co mi daje prawdziwą w życiu radość! Jedna kartka… klamra istnienia i okładka dla tej „trzydziestki”. Dziękuję.


  Mógłbym pisać o tym bez przerwy, podając kolejne przykłady i opowiadając historie pełne emocji, ale przecież to moje historie, i po części też Wasze, moje emocje, i po części nasze wspólne. I niech tak zostanie, i za to Wam wszystkim dziękuję.


P.S. Dostałem też na urodziny inny muzyczny gadżet… ta kartka coś o tym musiała wiedzieć… dwie grzechotki w kształcie jajek. Swoiste „masz tu instrument synu i pokaż, że masz jaja”…