piątek, 13 lutego 2015

Dzień 3



  Liczby nie bywają magiczne, one po prostu są, a siła ich magii uzależniona jest tylko i wyłącznie od naszego do nich nastawienia. Mnie na przykład opętała trójka i zero, co już wiadomo, inni padają na twarz przed siódemką. Szóstka u pewnej grupy osób powoduje toczenie z pyska piany, zaś w połączeniu z dziewiątką przyspiesza bicie serca, rozciągając w delikatny uśmiech usta i szkląc ludziom oczy. Kombinacji cyfr i numerów jest bez liku – co człowiek to numer – jakkolwiek niejednoznacznie to brzmi. 


  Dzisiaj moi drodzy w dacie dnia kombinacja dla wielu kosmiczna – piątek trzynastego. Zły dzień? Na pewno nie dla mnie! Wiedziałem, że cokolwiek dzisiaj mnie spotka może jedynie poprawić moje samopoczucie. Zaaplikowałem zatem potężną dawkę pyralginy, zalałem zatoki gorzkimi aż po odbyt kroplami do nosa, łyk wody, syropu, tabletka do ssania i byłem gotowy! Gotowy na heroiczny marsz w stronę łazienki. Mimo, że dystans z łóżka pod prysznic olbrzymi nie jest, to wydawało mi się, że idę tam godzinami. Udało się. Woda w ruch, para, mydło, płyny, szampony, żyletki, brodo poprawki. Nie minęło pół godziny i tylko czerwony od kataru nos i zbyt małe oczy zdradzały, że jestem tym, który sieje zarazę zimowego przełamania. Byłem gotowy, aby przez kolejne pół godziny ubierać skarpetki i spodnie oraz zmierzyć się ze sznurówkami w butach – sprawa nie łatwa kiedy przy wiązaniu ciągle leci ci z nosa prosto na podłogę.  


Oto i jestem. Bartosz Mariusz, nowy wyzwolony człowiek, nadzieja zielonej ludzkości. Dzisiaj dzień kiedy ziści się kolejny mój korpozwiązek. Tym razem, po nieudanej próbie z lwim pomarańczem, postanowiłem związać się – mam nadzieję, że na dłużej – z polską ekipą Franka Underwooda. Wypiłem zatem kawę, zjadłem krojone jabłko i uderzyłem z impetem kostkami o kuchenny blat – pojechałem. 


  Na miejscu okazało się, że zamiast Kevina Spacey czeka na mnie drobna blondynka z działu HR szukająca kabla sieciowego, żeby połączyć się z korpointernetem i swoją skrzynką pocztową, gdzie czekały na mnie dokumenty aplikacyjne do umowy o pracę. 


- Dzień dobry Panie Bartoszu, dobrze, że Pan jest.

-Dzień dobry, dobrze, że w końcu się widzimy i że jednak będzie Pan pracował z nami – dodała szybko podnosząc się z miejsca i szeroko uśmiechając Dyrektor placówki – kobieta biznesu w każdym calu.

- Dzięki, też się bardzo z tego faktu cieszę – tak, miałem świadomość że moja twarz nie koniecznie tą radość zdradzała. Uścisnąłem dłonie i rozlałem się na skórzanej sofie wskazanej przez dziewczynę z HR.

- Musi mi Pan dać jeszcze kilka minut, bo nie mogę podłączyć się do sieci, a Pana dokumenty mam na mailu.

- Spoko, nie ma sprawy, poczekam.­- uśmiechnąłem się delikatnie, zaglądając jej w oczy i badając jej korpouśmiech rzucony w moją stronę. Starałem się nie zdradzić, że temperatura mojego ciała, mimo potężnej dawki chemii medycznej, przekracza właśnie trzydzieści dziewięć stopni Celsjusza. 


  Siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym czekając na dokumenty. I kiedy już miałem powoli przenosić się na drugi świat, rzecz jasna tak, żeby nie zauważyły, udało się szczęśliwi uruchomić druk. Oto i są. Formularze, druki, umowy i pisma. Wypisz, zakreśl, przekreśl, podpisz. Gotowe! Jestem w teamie Franka. 


- Cieszę się, że udało nam się w końcu sfinalizować tą sprawę rekrutacyjną, no i tak jak mówiłam, mam wielkie nadzieje co do naszej współpracy i bardzo na Pana czekałam, żeby w końcu Pan tu był, poderwał te moje dziewczyny do działania.

- Pani Dyrektor zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby nasza współpraca układała się najlepiej, na pewno będzie Pani zadowolona. ­

- Pracę zaczyna Pan w środę, proszę się jeszcze podkurować, bo wiem, że jest Pan chory, i od środy zaczynamy ostrą walkę – skwitowała. A ja cholera ciągle myślałem, że nic o tym nie wie. Spinałem się na tej sofie jak tylko mogłem, przełykałem gluty z nosa, żeby tylko nie wylatywały na stół przy podpisywaniu dokumentów, a tu ryp, pocisk. No nic. Rączka, rączka, uśmiech i wymaszerowałem do domu. Franka ani śladu. 


  Że trzynastka pechowa? Biorąc od uwagę, że od września chciałem dostać się do tej organizacji, na pewno nie, biorąc pod uwagę zaproponowane mi stanowisko, na pewno nie. 


  Siłę liczb odczułem jeszcze wracając  do domu, kiedy postanowiłem wstąpić do pobliskiej przychodni, gdzie przyjmują lekarze różnej maści i poprosić o kolejny antybiotyk, żeby w środę być w pełnej formie. Przyjęte jest że kolejni pacjenci otrzymują przy rejestracji numerki. Mi przypadł piękny trzydzieści jeden. 


- Ale niech Pan idzie tam pod gabinet, bo nikogo nie ma, to lekarz przyjmie Pana już teraz. – wykrzyczała zza rejestracyjnej szyby kobieta  kitlu, sięgając po kubek z kawą i zagryzając kanapką z sałatą i jajkiem. 


  Bank ogarnięty, jeszcze teraz szybko do lekarza mnie przyjmą – lepiej być nie mogło! Dziękuję trzynastko! 

  Faktycznie na piętrze siedziały dwie kobiety, trzecia osoba była w środku. Super układ zważywszy, że zazwyczaj siedzi tu w holu około czterdziestu osób. Czasem i czterdzieści cztery.  


  Usiadłem więc grzecznie obok, pytając który numer jest obecnie w środku.


- Po kolei, jak kto przyszedł bo i tak nie ma tych numerów co powinny. – odezwała się szefowa kolejki w czarnej pokrytej sztucznym futrem kurtce, która dodawała jej kolejne dwadzieścia kilogramów do posiadanej już czterdziestokilogramowej nadwagi – na bogato. 


  Ucieszył mnie ten kolejkowy reżim. Siedziałem i czekałem, przychodzili kolejni pacjenci i zgodnie akceptowali zasadę, kto przyszedł ten idzie – nawet Ci z numerami niższymi, no bo przecież przegapili kolejkę. Uderzali się zatem w pierś i siadali grzecznie odpalając gry w swoich smart fonach, pełni świadomości, że będą kiblować tu pół dnia. 


  Minęło półtorej godziny i w końcu ja! Wchodzę! Siadam. Lekarz chrząka, patrzy, pisze, chrząka, poprawia koszulę, przekłada kartoteki, segreguje, rozkłada, wstaje, patrzy przez okno. 


­ - Słucham.­-  ‘chyba kurwa ptaków śpiewu’ pomyślałem. No ale nie daje za wygraną, opowiadam o moich dolegliwościach, że miałem przyjść ponownie, jak się nie poprawi, że potrzeba coś zmienić et cetera, et cetera…


- Jaki Pan ma numer?  - [związek ze sprawą? Sędzio! Sprzeciw!  Proszę odpowiedzieć na pytanie doktora.]

- Trzydzieści jeden.


  Pan doktor szanowny wskazał na kartoteki na swoim biurku, gdzie na górze leżało sześć, siedem , dziewięć, a numerów powyżej dwadzieścia pięć nawet tam nie było.  Wyszedł na hol. Wrócił za moment z pacjentem, który nawet nie siedział w kolejce kiedy ja tam kiblowałem.


-Proszę wyjść i czekać na swoją kolej, teraz przyjmę Pana z numerem sześć, a Pan niech się nie wpycha, bo potem mam tu ciągłe awantury.- [sąd odracza sprawę do momentu uzgodnienia materiału dowodowego. jeb]


- W takim razie ja dziękuję za Pana pomoc. Do widzenia. – czułem , że nadużył władzy. Naruszył uzgodniony w społeczeństwie ład kolejkowy, który został uchwalony na mocy społecznych konsultacji. Zignorował demokratyczną wolność wyboru i podporządkował jednym skinieniem ręki, nas wszystkich, numerkowemu reżimowi. Dziejowa niesprawiedliwość, popierana siłą numerów, mocą cyfr, magią liczb. Tym razem moja szczęśliwa trzynastka przegrała z dyktatorem Trzydzieści Jeden. 


  Wróciłem do domu, zrobiłem herbaty z cytryną, uskuteczniłem moją dietę kolejną porcją medycznej chemii i odpłynąłem na kilka godzin w chory sen. 


  Nic więcej w tym dniu się już nie działo. Najważniejsze, że dostałem nową pracę. I nie tylko radość to we mnie budziło ale i wiele zastrzeżeń, i obaw, zwłaszcza kiedy słyszałem ,po raz kolejny, o tym, jak bardzo jestem potrzebny żeby podnieść zespół z kolan – wtedy to moje kolana się zawsze pode mną uginają, a krew odpływa z mózgu. 


Wieczorem nie mogłem zapomnieć o jeszcze jednej istotnej fazie dnia. Karteczka.



Szybkie międzysenne losowanie i jest. Znowu niebieska. 



„Nie ma pracy, która nie zawierałaby w sobie radości, tajemnic i zachęty.”


 No, nie powiem. Chyba pisała się w momencie kiedy wyjmowałem ją ze słoja. Kartka wyczuła moment jak nikt inny. Dziękuję kartko! Z drugiej strony to trzecia kartka, która wie o mnie i o moim byciu bardzo wiele. Zaczynam się bać. Czekam na kolejne. Dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz