Liczby nie bywają magiczne, one po prostu są, a siła ich
magii uzależniona jest tylko i wyłącznie od naszego do nich nastawienia. Mnie na
przykład opętała trójka i zero, co już wiadomo, inni padają na twarz przed
siódemką. Szóstka u pewnej grupy osób powoduje toczenie z pyska piany, zaś w
połączeniu z dziewiątką przyspiesza bicie serca, rozciągając w delikatny
uśmiech usta i szkląc ludziom oczy. Kombinacji cyfr i numerów jest bez liku –
co człowiek to numer – jakkolwiek niejednoznacznie to brzmi.
Dzisiaj moi drodzy w dacie dnia kombinacja dla wielu kosmiczna
– piątek trzynastego. Zły dzień? Na pewno nie dla mnie! Wiedziałem, że
cokolwiek dzisiaj mnie spotka może jedynie poprawić moje samopoczucie. Zaaplikowałem
zatem potężną dawkę pyralginy, zalałem zatoki gorzkimi aż po odbyt kroplami do
nosa, łyk wody, syropu, tabletka do ssania i byłem gotowy! Gotowy na heroiczny
marsz w stronę łazienki. Mimo, że dystans z łóżka pod prysznic olbrzymi nie
jest, to wydawało mi się, że idę tam godzinami. Udało się. Woda w ruch, para,
mydło, płyny, szampony, żyletki, brodo poprawki. Nie minęło pół godziny i tylko
czerwony od kataru nos i zbyt małe oczy zdradzały, że jestem tym, który sieje
zarazę zimowego przełamania. Byłem gotowy, aby przez kolejne pół godziny
ubierać skarpetki i spodnie oraz zmierzyć się ze sznurówkami w butach – sprawa nie
łatwa kiedy przy wiązaniu ciągle leci ci z nosa prosto na podłogę.
Oto i jestem. Bartosz Mariusz, nowy wyzwolony człowiek,
nadzieja zielonej ludzkości. Dzisiaj dzień kiedy ziści się kolejny mój
korpozwiązek. Tym razem, po nieudanej próbie z lwim pomarańczem, postanowiłem
związać się – mam nadzieję, że na dłużej – z polską ekipą Franka Underwooda. Wypiłem
zatem kawę, zjadłem krojone jabłko i uderzyłem z impetem kostkami o kuchenny
blat – pojechałem.
Na miejscu okazało się, że zamiast Kevina Spacey czeka na
mnie drobna blondynka z działu HR szukająca kabla sieciowego, żeby połączyć się
z korpointernetem i swoją skrzynką pocztową, gdzie czekały na mnie dokumenty
aplikacyjne do umowy o pracę.
- Dzień dobry Panie
Bartoszu, dobrze, że Pan jest.
-Dzień dobry, dobrze,
że w końcu się widzimy i że jednak będzie Pan pracował z nami – dodała szybko
podnosząc się z miejsca i szeroko uśmiechając Dyrektor placówki – kobieta biznesu
w każdym calu.
- Dzięki, też się bardzo
z tego faktu cieszę – tak, miałem świadomość że moja twarz nie koniecznie
tą radość zdradzała. Uścisnąłem dłonie i rozlałem się na skórzanej sofie
wskazanej przez dziewczynę z HR.
- Musi mi Pan dać
jeszcze kilka minut, bo nie mogę podłączyć się do sieci, a Pana dokumenty mam
na mailu.
- Spoko, nie ma
sprawy, poczekam.- uśmiechnąłem się delikatnie, zaglądając jej w oczy i
badając jej korpouśmiech rzucony w moją stronę. Starałem się nie zdradzić, że temperatura
mojego ciała, mimo potężnej dawki chemii medycznej, przekracza właśnie
trzydzieści dziewięć stopni Celsjusza.
Siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym
czekając na dokumenty. I kiedy już miałem powoli przenosić się na drugi świat,
rzecz jasna tak, żeby nie zauważyły, udało się szczęśliwi uruchomić druk. Oto i
są. Formularze, druki, umowy i pisma. Wypisz, zakreśl, przekreśl, podpisz. Gotowe!
Jestem w teamie Franka.
- Cieszę się, że udało
nam się w końcu sfinalizować tą sprawę rekrutacyjną, no i tak jak mówiłam, mam
wielkie nadzieje co do naszej współpracy i bardzo na Pana czekałam, żeby w
końcu Pan tu był, poderwał te moje dziewczyny do działania.
- Pani Dyrektor zrobię
wszystko co w mojej mocy, żeby nasza współpraca układała się najlepiej, na
pewno będzie Pani zadowolona.
- Pracę zaczyna Pan w
środę, proszę się jeszcze podkurować, bo wiem, że jest Pan chory, i od środy
zaczynamy ostrą walkę – skwitowała. A ja cholera ciągle myślałem, że nic o
tym nie wie. Spinałem się na tej sofie jak tylko mogłem, przełykałem gluty z
nosa, żeby tylko nie wylatywały na stół przy podpisywaniu dokumentów, a tu ryp,
pocisk. No nic. Rączka, rączka, uśmiech i wymaszerowałem do domu. Franka ani
śladu.
Że trzynastka pechowa? Biorąc od uwagę, że od września
chciałem dostać się do tej organizacji, na pewno nie, biorąc pod uwagę
zaproponowane mi stanowisko, na pewno nie.
Siłę liczb odczułem jeszcze wracając do domu, kiedy postanowiłem wstąpić do
pobliskiej przychodni, gdzie przyjmują lekarze różnej maści i poprosić o
kolejny antybiotyk, żeby w środę być w pełnej formie. Przyjęte jest że kolejni
pacjenci otrzymują przy rejestracji numerki. Mi przypadł piękny trzydzieści
jeden.
- Ale niech Pan idzie
tam pod gabinet, bo nikogo nie ma, to lekarz przyjmie Pana już teraz. – wykrzyczała
zza rejestracyjnej szyby kobieta kitlu,
sięgając po kubek z kawą i zagryzając kanapką z sałatą i jajkiem.
Bank ogarnięty, jeszcze teraz szybko do lekarza mnie przyjmą
– lepiej być nie mogło! Dziękuję trzynastko!
Usiadłem więc grzecznie obok, pytając który numer jest obecnie
w środku.
- Po kolei, jak kto
przyszedł bo i tak nie ma tych numerów co powinny. – odezwała się szefowa
kolejki w czarnej pokrytej sztucznym futrem kurtce, która dodawała jej kolejne
dwadzieścia kilogramów do posiadanej już czterdziestokilogramowej nadwagi – na bogato.
Ucieszył mnie ten kolejkowy reżim. Siedziałem i czekałem,
przychodzili kolejni pacjenci i zgodnie akceptowali zasadę, kto przyszedł ten
idzie – nawet Ci z numerami niższymi, no bo przecież przegapili kolejkę. Uderzali
się zatem w pierś i siadali grzecznie odpalając gry w swoich smart fonach,
pełni świadomości, że będą kiblować tu pół dnia.
Minęło półtorej godziny i w końcu ja! Wchodzę! Siadam.
Lekarz chrząka, patrzy, pisze, chrząka, poprawia koszulę, przekłada kartoteki,
segreguje, rozkłada, wstaje, patrzy przez okno.
- Słucham.- ‘chyba kurwa ptaków śpiewu’ pomyślałem. No ale
nie daje za wygraną, opowiadam o moich dolegliwościach, że miałem przyjść
ponownie, jak się nie poprawi, że potrzeba coś zmienić et cetera, et cetera…
- Jaki Pan ma numer? - [związek ze sprawą? Sędzio! Sprzeciw! Proszę
odpowiedzieć na pytanie doktora.]
- Trzydzieści jeden.
Pan doktor szanowny wskazał na kartoteki na swoim biurku,
gdzie na górze leżało sześć, siedem , dziewięć, a numerów powyżej dwadzieścia
pięć nawet tam nie było. Wyszedł na hol.
Wrócił za moment z pacjentem, który nawet nie siedział w kolejce kiedy ja tam
kiblowałem.
-Proszę wyjść i czekać
na swoją kolej, teraz przyjmę Pana z numerem sześć, a Pan niech się nie wpycha,
bo potem mam tu ciągłe awantury.- [sąd odracza sprawę do momentu
uzgodnienia materiału dowodowego. jeb]
- W takim razie ja dziękuję
za Pana pomoc. Do widzenia. – czułem , że nadużył władzy. Naruszył
uzgodniony w społeczeństwie ład kolejkowy, który został uchwalony na mocy
społecznych konsultacji. Zignorował demokratyczną wolność wyboru i
podporządkował jednym skinieniem ręki, nas wszystkich, numerkowemu reżimowi. Dziejowa
niesprawiedliwość, popierana siłą numerów, mocą cyfr, magią liczb. Tym razem
moja szczęśliwa trzynastka przegrała z dyktatorem Trzydzieści Jeden.
Wróciłem do domu, zrobiłem herbaty z cytryną, uskuteczniłem
moją dietę kolejną porcją medycznej chemii i odpłynąłem na kilka godzin w chory
sen.
Nic więcej w tym dniu się już nie działo. Najważniejsze, że
dostałem nową pracę. I nie tylko radość to we mnie budziło ale i wiele
zastrzeżeń, i obaw, zwłaszcza kiedy słyszałem ,po raz kolejny, o tym, jak
bardzo jestem potrzebny żeby podnieść zespół z kolan – wtedy to moje kolana się
zawsze pode mną uginają, a krew odpływa z mózgu.
Wieczorem nie mogłem zapomnieć o jeszcze jednej istotnej
fazie dnia. Karteczka.
Szybkie międzysenne losowanie i jest. Znowu niebieska.
„Nie ma pracy, która nie zawierałaby w sobie radości,
tajemnic i zachęty.”
No, nie powiem. Chyba pisała się w momencie kiedy wyjmowałem
ją ze słoja. Kartka wyczuła moment jak nikt inny. Dziękuję kartko! Z drugiej
strony to trzecia kartka, która wie o mnie i o moim byciu bardzo wiele.
Zaczynam się bać. Czekam na kolejne. Dobranoc.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz